Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 stycznia 2015

z biedronką przy lewej nodze


Nazwisko krótkie a głośne. Piłkarz drobny a wielki.
Fakty bezdyskusyjne. Messi już jest królem futbolu i nie trzeba czekać aż dojrzeje, rozwinie się, pokaże... pokazuje w każdym meczu i zachwyca nie tylko fanów piłki nożnej.
Caioli zapoznał się z przeszłością gwiazdy, przeprowadził kilka rozmów z trenerami, piłkarzami i przyjaciółmi sportowca, obejrzał mecze, napisał biografię. Messi jawi się w niej jako mężczyzna nieśmiały i speszony swoją sławą. Może dlatego, że czuje się na boisku jak na podwórku i po prostu robi to, co umie najlepiej.
Najciekawszą część książki stanowi dzieciństwo piłkarza, klimat domu i rodziny, zmagania z chorobą (niedobór hormonu wzrostu) i droga do kariery. Szczególne miejsce zajmuje tutaj Jorge Horacio Messi - ojciec Lionela. Jego wielkie poświęcenie i starania są fundamentem, na którym mógł rozwinąć się ten niezwykły talent.
Piłkarz musi zmagać się z nieustannymi i nieuniknionymi porównaniami do Maradony.
Niestety, później robi się trochę słabiej, ponieważ komentator sportowy z Caioli'ego - słaby. "Opowiadanie" najlepszych akcji, które świetnie ogląda się w telewizji nie zawsze się udaje.
Dużo kiepskich dygresji, za to niedosyt informacji o rodzinie Messiego i za mało argentyńskiego klimatu. W poprowadzonych według jednego schematu wywiadach wszyscy mówią o jego skromności, jakby nie posiadał innych cech. Na domiar złego wkradło się kilka potknięć korektorskich.
Kariera piłkarska Lionela Messiego jest fascynująca, a oglądanie jego popisów na boisku to sama przyjemność. Książka o nim - nieco rozczarowująca.

Ocena subiektywna: 3/6.

L. Caioli, Messi. Historia chłopca, który stał się legendą, Kraków 2011, 340 s.

wtorek, 22 stycznia 2013

ciężki ten barok


Ładne, zachęcające wydanie, ciekawy dodatek w postaci płyty z muzyką barokową, zakusy na bestseller, autorzy - para znanych, włoskich dziennikarzy. Kilka dobrych wabików.
Powieść to historyczna, polityczna, kryminalna - nie wiem - wszystkiego po trosze.
Rok 1683. Rzym. Gospoda "Donzello" przy via dell'Orso. Jeden z gości, z nieznanych przyczyn, zapada na śmiertelną chorobę. Zarażony dżumą czy otruty? Ryzyko epidemii sprawia, że pozostali goście zostają objęci kwarantanną. Kastrat - opat Melani - wszczyna śledztwo. Karłowaty pomocnik właściciela gospody staje się jego asystentem. Sumiennie zapisuje w pamiętniku wszystko co zaobserwuje i usłyszy, a także wszystkie tajemnice dyplomatyczne i polityczne królestwa Francji, zdradzane mu przez opata. Wychodzą na jaw oszustwa finansowe, które zmieniały historię Europy. I nikt nie jest tym, za kogo się podaje.
Powieść jest głęboko osadzona w faktach historycznych. Widać ogrom pracy Rity Monaldi i Francesco Sorti'ego, włożonej w zebranie materiałów, potrzebnych do napisania tej książki, ale mam wrażenie, że to wszystko na nic.
Nużące opisy strojów, potraw, miejsc, szczegółowe receptury mikstur, nudne wędrówki po katakumbach sprawiają, że lektura jest niespecjalnie przyjemna. Książka jest po prostu ciężka i źle się czyta. Nazbyt dogłębne dane historyczne, rozwlekłe opisy i okrutna drobiazgowość zwyczajnie usypiają. Na dodatek mało prawdopodobne jest, że kaleki posługacz z gospody jest tak bystry, potrafi pisać, w dodatku całkiem zgrabnie gramatycznie, rozumie języki i jest powiernikiem tajemnic gości gospody. Pojawiają się też jakby niepotrzebni bohaterowie, postaci których obecność niczego nie wnosi. Jeśli ktoś oczekuje wartkiego kryminału, otrzyma raczej przyciężkawy wykład naukowo - historyczny na temat XVII-wiecznej Europy.
Mimo że mam, nie sięgnęłam po drugi tom.

Ocena subiektywna: 2,5/6.

R. Monaldi, F. Sorti, Imprimatur,Warszawa 2005, 525 s.

piątek, 18 stycznia 2013

afryka oczami białego

Czarni mają mało i dzielą się chętnie, biali posiadają dużo, ale dzielić się nie chcą. Różnica w postrzeganiu tego, co wspólne, przekłada się na zupełnie inny stosunek do drugiego człowieka. To jedna z przyczyn, która sprawia, że Afryka nie rozumie świata, a świat Afryki.
[Sen pod baobabem]

Na błyszczących kartach Snu pod baobabem, wśród bajecznie pięknych fotografii, pulsuje tętno Afryki, muzyka ziemi, taniec duchów...
Dziennikarz, podróżnik i przedsiębiorca - Tadeusz Biedzki - spakował bagaż, zabrał żonę Wandę i rozpoczął wędrówkę po Północno - Zachodniej Afryce. Po powrocie napisał książkę: o ludziach, którzy stoją w miejscu, mimo że biegają najszybciej na świecie, o ludziach, dla których bieda jest powodem do dumy, o ludziach, którzy odpoczywają, mimo że nie pracują, wreszcie o ludziach, którzy piją krew, handlują dziećmi, uprawiają kanibalizm i praktykują voodoo.
Mentalność Afrykańczyków jest tak niewyobrażalnie różna od naszej, że aż fascynująca. Losy bohaterów, których autor spotyka na swej drodze czasami są przejmujące, a czasami żałośnie komiczne.
Podróżnik opowiada smutną historię Madame Govou, przedstawia baśniowych Dogonów, którzy przybyli z kosmosu, składa krwawą ofiarę, z rozmiłowanymi w fetyszach animistami, a po piętach nieustannie depcze mu niebezpieczny Xavier.
Mnie jednak najbardziej zafascynował rozdział poświęcony Tuaregom - niebieskim rycerzom pustyni. Biedzki pięknie pokazał ich świat - jego tajemniczość, godność i odrębność. Tuareg nieustraszenie patrzy w słońce nad Saharą i przemierza ją wzdłuż i wszerz - prawdziwie wolny. Fantastyczna sprawa.
W stylu i rzetelności autora widać delikatne inspiracje Kapuścińskim. Trochę reportażowo, trochę przygodowo i trochę dramatycznie opowiada Biedzki o Afryce.
Afryce, która tonie w brudzie, bo z zewnętrznego świata potrafi przejąć tylko papier, żelazo i plastik.
Afryce, w której bezlitośnie króluje przemyt i korupcja.
Afryce biednej, zapomnianej, leniwej, nierozumianej i nierozumiejącej, dzikiej i pięknej.
Afryce, która marzy...

PS Jurku, dzięki za ciepły kontynent na tę zimową porę!

Ocena subiektywna: 5,5/6.

T. Biedzki, Sen pod baobabem, Poznań 2012, 332 s.

czwartek, 20 września 2012

zdenerwowanie przed podróżą

Daniel ma 38 lat, jest Szwedem, mieszkającym z narzeczoną Anną, w Stanach Zjednoczonych. Otrzymawszy informację o śmierci matki – Astrid – wybiera się do Paryża, miasta w którym się wychował. Moment uporządkowania spraw po zmarłej mamie okazuje się mieć przełomowe znaczenie w jego życiu. Bohater próbuje zrekonstruować wydarzenia, które doprowadziły do rozstania z Astrid w niezgodzie. Rozmowy z jej psychoterapeutką, lekarzem, ostatnim kochankiem i przyrodnią siostrą odkrywają przed nim obraz, którego się nie spodziewał, albo nie chciał zobaczyć. Daniel nigdy nie poznał swego ojca przez co oceniał matkę bardzo okrutnie i niesprawiedliwie, a następnie, na kilka lat, całkowicie ją odtrącił.
Powrót do Paryża to dla Daniela podróż w głąb siebie, a świadomość utraty jedynej naprawdę bliskiej osoby zaczyna go stopniowo przerażać i wywoływać tytułową gorączkę przed podróżą, przed samotnym wędrowaniem przez resztę życia.
Pełno tu silnych emocji: brak porozumienia, lęk przed bliskością, wrażenie zawodowego i osobistego niespełnienia, kryzys wieku średniego, rany, bolesne tajemnice, blokady emocjonalne, niedomówienia i wreszcie świadomość niemożliwości nadrobienia straconego czasu. Wszystkie te przeżycia stawiają Daniela na życiowym zakręcie. Jest to proza dojrzała, bardzo kameralna, skupiona i subtelna. Dotyka skomplikowanych relacji rodzinnych, ukrytych w zakamarkach świadomości. Konstrukcja powieści jest formą układanki, której stopniowo odkrywane elementy układają się w przejrzystą historię.
Taka niepolska ta książka, uniwersalna, pozbawiona naleciałości lokalnych. Ale też nie jest utworem spektakularnym czy odkrywczym, momentami raczej sennym i ponurym, ale chyba takim miał być i to jest w nim dobre. Zasługuje także na uznanie za dojrzałość, język i ciekawą konstrukcję.

 
Ocena subiektywna: 4/6.

M. Łoziński, Reisefieber, wyd. II zmienione, Kraków 2001, 220 s.


wtorek, 24 lipca 2012

komentarz do codzienności

Bo życie to jest takie pole minowe. Przeszedłeś kawałek? To podziękuj. I zrób następny krok. Jeden. Nie puszczaj się biegiem - jeden krok. To jest wiara.
["Tak sobie myślę"]

Są książki, które - mówiąc obrazowo - "oczyszczają pole...", pozostają w nas na długo, czasem na zawsze, sprowadzają myśli na inne tory, nie dają spokoju, odświeżają spojrzenie na życie. Bo dziennik Jerzego Stuhra nie jest książką o chorobie - jest to książka o życiu, o cieszeniu się nim, szacunku dla niego, w końcu o oczekiwaniu na nie.
Jesień 2011 to czas, kiedy aktor rozpoczyna walkę z chorobą nowotworową i tworzenie zapisków w zeszycie podarowanym przez córkę. Na początku pisze dla siebie i najbliższych. W pewnym momencie decyduje się na wyjawienie swoich myśli i obserwacji czytelnikom, sympatykom, każdemu kto będzie chciał poznać spostrzeżenia aktora na temat sztuki, artyzmu, teatru, filmu, sportu, życia, polityki. Demonstruje również, po raz kolejny, swoją wielką miłość do rodziny.
Książka pełna jest szacunku dla innych twórców, trafnych uwag, interesujących sądów i krytyk, optymizmu i nadziei. To świadectwo człowieka spełnionego, dumnego ze swojej pracy i osiągnięć, uczącego poszanowania dla tradycji, człowieka i działalności artystycznej. Takie spotkanie z panem Stuhrem, to wielka przyjemność, tym bardziej że każdy wpis w dzienniku charakteryzuje wielka kultura języka.
Widziałam też w tym czasie "Tydzień z życia mężczyzny" na TVP Kultura, oglądało się niezwykle mając w głowie dzisiejszy obraz tego wyjątkowego artysty.
Mądra, intymna, ciepła, wzruszająca i dowcipna - lektura, do której się wraca.

Ocena subiektywna: 6/6.

J. Stuhr, Tak sobie myślę, Kraków 2012, 268 s.